12.08
O 7.00 był już zbyt duży tłok, aby spać dalej. Przebrałem się i ruszyliśmy patrolem nadać bagaż. Wszędzie były kolejki. Na tyle długie, że ledwo zdążyliśmy. Aby było śmiesznej, Filip wpadł na świetny pomysł wzięcia całego plecaka soków i wody. Nie muszę tłumaczyć, ile czasu straciliśmy na tym przy kontroli. Widocznie było za mało komunikatów na lotnisku o płynach do 100 ml.
Ostatnią prostą biegliśmy sprintem, bo już zamknęli bramki i czekali na mój patrol + kilka osób z Kielc. Przez ten cały pośpiech obsługa nie zorientowała się, że Tomek ma 3 plecaki podręczne. Każdemu też udało się wnieść karimatę z wyprawki. Niestety nie zdążyłem wydać wonów na lotnisku, ciekawe, co zrobię z nimi w Polsce.
Przez zamieszanie na lotnisku nie pożegnaliśmy się z szczepem Kampinos, mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze na harcerskim szlaku!

W samolocie przywitali nas wodą i opóźnieniem 40 minut, bo czekaliśmy na zgodę przelotu przez Chiny. Wykorzystując chwilę wolnego, dałem Michalinie dziennik do wypełniania. Oczywiście cały czas nadzorowałem postęp. W trakcie lotu obejrzałem film “Czarny Adam”, bo główny bohater miał na imię tak jak ja. Nic szczególnego, ale przynajmniej szybciej mijał czas. Potem oglądałem z Matyldą film “Wallie“, ale usnąłem w połowie.
Dostaliśmy dwa ciepłe posiłki, w obu był ryż. Mnie smakowało, ale Michalina marudziła i rozmyślała o kebabie.
Przy wyjściu oddałem poduszkę, którą pożyczyłem przy poprzednim locie.
Ostatnia kontrola poszła sprawnie, przed odbiorem bagażu zawiązaliśmy krąg z patrolem Pawła i pożegnaliśmy się. Przy wyjściu czekali rodzice, zeszła ze mnie cała odpowiedzialność. Wszystkich oddałem w jednym kawałku, bogatszych o koreańskie doświadczenia. Mam nadzieję, że będą pozytywnie wspominać ten wyjazd.
Szesnasty i ostatni dzień wyjazdu za mną, czas wracać do naszej polskiej rzeczywistości.
Podsumowanie
Pogram pre-Jamboree był w miarę dobrze przygotowany, a nasza przewodniczka Sara pozwoliła nam zobaczyć więcej niż było zaplanowane. Sam zlot to temat na długą rozmowę. Z jednej strony organizatorzy doświadczyli zalania terenu przed, mocnych upałów w trakcie i tajfunu pod koniec zlotu. Nad pogodą nie mogli zapanować, więc wiele sytuacji było od nich niezależnych. Jest jednak duże ALE. Organizacyjnie Jamboree zawierało wiele niedociągnięć, o których muszę napisać. Po pierwsze higiena. Liczba toalet i prysznicy była niewystarczająca, a ich czystość zostawiała wiele do życzenia. Po drugie program. Dziwi mnie, że jedyne, co było w programie, to stoiska. Pisałem wcześniej, że przez kolejki ledwo z nich skorzystaliśmy. Jest tyle ciekawych harcerskich form pracy, a organizator postawił na stoiska i jeżdżenie autokarem.
Kwestia jedzenia była tematem spornym. Jako osoba kochająca ryż z kurczakiem byłem w swoim żywiole. W ogóle nie chodziłem głodny, nie kupowałem jedzenia w sklepach, nawet nie zjadłem ciastek, które wziąłem z Polski. Wiele osób denerwowało się, gdy ryż oraz ziemniaki w syropie klonowym były podane trzeci raz w ciągu dnia. Wegetarianie czasem czuli się pokrzywdzeni, szczególnie, gdy jednego dnia dostali burgery z krewetkami. Dużym minusem były słodycze. Koreańczycy faszerowali nas masą słodyczy i przekąsek, czasem na lunch były czipsy, babeczki i soczek. Wiem, że to wygodne rozwiązania, ale raczej wolałem spędzić więcej czasu w kuchni jako patrol służbowy niż rozdawać drużynie paczki krakersów.
Dużą zaletą były wyprawki, dostaliśmy masę rzeczy chroniących przed słońcem. To głównie zasługa polskiej reprezentacji. Po interwencji rządu i WOSMu zauważyłem poprawę warunków, jednakże nie zdążyli się rozkręcić, gdy poszła informacja o tajfunie. Zmiana zakwaterowania wywołała trochę negatywnych emocji w moim patrolu, ponieważ większość była nastawiona na kontakty międzynarodowe, a w akademiku byli tylko Polacy i Irlandczycy. Dla mojego patrolu program nie był bardzo istotny, sami potrafili sobie zorganizować czas. W zasadzie większość Jamboree wymieniali się z innymi, każdy wrócił z czymś ciekawym. Zuzia z sombrero, Marysia z Kanken’em, Tomek z trzema plecakami, ja z sześcioma parasolkami Swizz Army!
Wyjazdy zagraniczne zawsze dostarczają mi inspiracji. Spotkanie tylu ludzi z różnych kultur, ale nadal wyznających te same wartości, było dla mnie wyjątkowym przeżyciem. Chciałbym za 4 lata poczuć się w roli gospodarza i pokazać skautom, że mamy tu swój ciekawy kawałek świata. Wyjazd zaliczam do udanych, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkam “Sarę”, a w szczególności “Axis Mundi” gdzieś na harcerskim szlaku. Czuwaj!

pwd. Adam Skorupski
Drużynowy 32 WDH „Wanta”